Gene Wolfe: „Księga nowego słońca”
W czasie produkcji Torment: Tides of Numenera Colin McComb i Chris Avellone w licznych wywiadach powtarzali, że czują się, jakby tworzyli wśród gier odpowiednik „Księgi Nowego Słońca” Gene Wolfe’a. Sam podręcznik Numenery zachęca graczy do zapoznania się z tym właśnie cyklem docenionego, amerykańskiego pisarza science fiction i fantasy. Czym jednak jest wspomniana „Księga Nowego Słońca”?
![]() |
| Fragment z podręcznika Numenery |
Na cykl składają się cztery tomy tworzące jedną, spójną historię: „Cień kata”, „Pazur łagodziciela”, „Miecz liktora” oraz „Cytadela autarchy”. Opowieść jest pisemną relacją pierwszoosobową sporządzoną przez Severiana – członka konfraterni Poszukiwaczy Prawdy i Skruchy, czyli po prostu gildii katów. Opowiada on swoją drogę od najmłodszych lat, jakie spędził pośród przedstawicieli cechu oprawców, przez moment, gdy za swoje czyny został wygnany z bractwa i udał się w podróż, która uczyniła z niego władcę całej planety – autarchę. Nie jest to bynajmniej żaden spoiler, gdyż Severian z wyprzedzeniem nakreśla najważniejsze fakty. Warto więc już na samym początku wspólnej podróży zwrócić uwagę, że spisywana przez niego relacja powstaje z pozycji władcy, który buduje swój mit, swoją legendę. Severian wielokrotnie powtarza przy tym, iż został obdarzony doskonałą pamięcią i nie jest w stanie niczego zapomnieć, jednakże uważny czytelnik zwróci w końcu uwagę na pojawiające się z czasem nieścisłości. W relacji wybrzmiewają niekiedy dodatkowe szczegóły, ukazujące wcześniej przytoczone wydarzenia w innym świetle lub minimalnie – ale jednak – zmieniające już ustanowione fakty. Zdarza się również, iż z jakiegoś niewyjaśnionego powodu Severian nie potrafi sobie czegoś przypomnieć. Czytelnik może więc przypuszczać, iż główny bohater „Księgi nowego słońca” nie jest w pełni wiarygodnym narratorem, bo część faktów ukrywa w swej relacji umyślnie lub stara się nakreślić swą osobę w najkorzystniejszym świetle.
Cykl „Księgi nowego słońca” klasyfikuje się jako science-fantasy i rzeczywiście podczas czytania odnosi się wrażenie, że są to powieści z gatunku fantastyki. Można niemal odczuć pozbawiony komfortu znój codzienności cywilizacji tkwiącej rozwojem w XV w.
Dość szybko jednak wychodzą na jaw intrygujące szczegóły. Obok halabardników pilnujących porządku i bojówek uzbrojonych w topory pojawia się pistolet, którego wystrzał ciągnie za sobą błyskawicę energii. Niebo przecinają czasem połyskujące, smukłe ślizgacze. Severian w interesujący sposób opisuje wieżę Matachina – siedzibę swej konfraterni – jako budowlę przejętą przez bractwo i zaadaptowaną do nowych celów. Wykonana została w całości z metalu, ściany działowe przypominają z opisów grodzie, najwyższe piętro posiada przeszklony dach, pod którym upchnięto dziwnie powykręcane krzesła i szare pulpity, ponadto w wieży słychać czasem bezosobowe głosy, a w podziemiach rozświetlonych światłem z dawnych czasów, które ma nigdy nie zgasnąć, mieści się stara… komora napędu.
Czytelnik dość szybko zauważa, że naturalny satelita ukazujący się na nocnym horyzoncie jest zielony ze względu na zasadzony gęsty las i nosi miano Luna, a stare słońce opromienia w swym czerwonym świetle planetę Urth, której nazwa brzmi całkiem podobnie jak Earth. Można się więc domyślić, iż mamy do czynienia z Ziemią w przyszłości odległej o miliardy lat, gdy Słońce weszło już w stadium czerwonego olbrzyma.
Momentami, chociaż bardzo subtelnie, wybrzmiewa również słynne trzecie prawo Clarke'a, iż „Każda wystarczająco zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii”.
Momentami, chociaż bardzo subtelnie, wybrzmiewa również słynne trzecie prawo Clarke'a, iż „Każda wystarczająco zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii”.
Fascynujący jest sposób, w jaki Gene Wolfe opisuje świat z perspektywy Severiana. Bawi się przy tym zarówno treścią, jak i formą. Przede wszystkim dostrzega się przeróżne pozostałości dawnych cywilizacji, których warstwy przykryte zostały nowym porządkiem świata. W „Księdze nowego słońca” nic tak naprawdę nie jest tym, czym się z pozoru wydaje. Jednak nawet pod tą powierzchowną maską nierzadko jest ukryta kolejna warstwa złudzeń, a prawda tkwi jeszcze głębiej.
Wolfe pisze o rzeczach nam znanych w taki sposób, by czytelnik nie domyślił się od razu, co tak naprawdę ogląda oczami bohatera. Ponadto stosuje przy tym sprytną zabawę językiem. Otóż pisarz pełni w swym dziele rolę tłumacza, który sporządził przekład memuaru Severiana. Czyniąc to, nie wymyślał nowych słów, by nazwać nawet najbardziej zwariowane twory ze świata Urth. Wolfe umyślnie posługuje się terminami zaczerpniętymi ze znanych języków, które mają jakieś znaczenie w prawdziwym świecie. Tak też opisuje przeróżne stworzenia, tytuły urzędnicze czy nawet uzbrojenie, ale ich istota wymyka się ustalonym znaczeniom, będąc w rzeczywistości czymś nieco odmiennym. Np. kiedy czytamy o smilodonie, możemy się domyślić, że chodzi o drapieżnego kota, ale raczej nie jest to smilodon znany z prehistorii – chociaż kto wie, może został odtworzony poprzez klonowanie? Z kolei muszkiety są długą bronią zasięgową, ale nie kojarzą się z wczesnym uzbrojeniem z zamkiem lontowym, gdyż strzelają silnie skondensowanym strumieniem energii.
„Obraz, który właśnie czyścił, przedstawiał odzianą w zbroję postać stojącą na tle dzikiego krajobrazu. Postać nie miała żadnej broni, w dłoni trzymała drzewce dziwnego, zupełnie sztywnego sztandaru. Przyłbica hełmu wykonana była ze złota, nie miała otworów wentylacyjnych ani szczeliny na oczy. Odbijał się w niej pusty, nieprzyjazny krajobraz i nic poza tym.”
Klimat i pomysły serwowane przez Wolfe’a po prostu mocno działają na wyobraźnię. Przykładowo alzabo – drapieżnik sprowadzony z obcej planety, który pożerając zdobycz za sprawą procesów chemicznych wchłania pamięć ofiary i jest w stanie imitować jej głos – genialny motyw rodem z horroru. Ale idąc dalej, na Urth wytwarza się eliksir z gruczołów tegoż alzabo, który to specyfik po wypiciu pozwala wchłonąć pamięć ze skonsumowanych fragmentów ciała, choćby martwego – istnieje nawet grupa ludzi, których nazywa się pożeraczami zwłok. Wyobraźcie sobie, jakie zamieszanie i jakie możliwości daje taka fuzja świadomości i wspomnień w pierwszoosobowej narracji. Inny ciekawy przykład światotwórstwa stanowi naród Ascian, z którymi wojska autarchy walczą nieprzerwanie na północy kraju. Wyglądają jak ludzie i posługują się zrozumiałym językiem, ale wszystkie ich wypowiedzi są cytatami z propagandowych tekstów, które brzmią jak moralizatorskie przypowieści i pod tymi sentencjami pustych słów ukryte jest zupełnie inne, niebezpośrednie znaczenie.
![]() |
| Grafika przedstawiająca alzabo, pochodząca z zagranicznego, limitowanego wydania książek z ilustracjami Sama Webera |
Severian wyrusza w ten świat, który dla niego bywa równie tajemniczy, co dla czytelnika. Samo wyposażenie wygnanego kata stanowi wielce intrygujący koncept. Maska wydaje się atrybutem oprawcy najmniej ciekawym, o znanej symbolice. Większą uwagę zwraca fuliginowy płaszcz – gdzie fuligin jest barwą ciemniejszą od czerni, pochłaniającą światło do tego stopnia, że na materiale nie widać żadnych załamań, cieni czy konturów. Jeszcze ciekawszym konceptem okazał się miecz kata – Terminus Est, który z łaciny można przetłumaczyć na „Oto jest koniec”. Na kartach powieści w przekładzie Arkadiusza Nakoniecznika Terminus Est znaczy tyle co „Oto linia podziału”, co również ma sens, gdyż ostrze było wykorzystywane rytualnie przez katów podczas ceremonii ścięcia głowy, stając się tą symboliczną granicą podziału między ciałem a głową, życiem a śmiercią. Miecz obosieczny posiadał zarówno męskie i żeńskie ostrze, które służyło do ścinania przedstawicieli określonej płci. Koncept tego miecza jest o tyle ciekawy, iż niesamowicie cienka głownia miała wewnątrz wydrążony kanał, który został wypełniony „hydragyrum” – metalem cięższym od żelaza, ale płynnym niczym woda.
„Dzięki temu środek ciężkości przesuwa się do rękojeści, kiedy miecz jest podniesiony, ku końcu ostrza zaś, kiedy opada. Często będziesz musiał czekać na koniec modlitwy lub na znak od mistrza ceremonii; w tym czasie miecz nie ma prawa zachwiać się ani zadrżeć…”
Z racji, że miecz ten przeznaczony był do rytualnych dekapitacji, jego głownia pozbawiona została sztychu, jakby sama została równo przycięta. Severian dość często zajmował się konserwacją miecza, ilekroć został użyty bądź miał kontakt z wodą. Oliwił go wówczas i chował klingę w pochwie z ludzkiej skóry. Terminus Est jest z pewnością jedną z ciekawszych broni w szeroko pojętej fantastyce. Został nawet przemycony do Path of Exile, gdzie przy odrobinie szczęścia można wydropić tę legendarną broń.
![]() |
| Oto linia podziału |
„Księga nowego słońca” jest opowieścią drogi. Severian podczas swej podróży spotyka szereg interesujących postaci. Byłem zaskoczony, jak często niektórzy bohaterowie powracali w kolejnych rozdziałach historii. Gene Wolfe nakreślił kilka naprawdę charakterystycznych osobowości, z których każda ma unikalną historię do opowiedzenia i zostaje w pamięci czytelnika na długo.
Ten cykl w interesujący sposób serwuje treści. Każdy rozdział jest niczym osobna scena, która nie zawsze stawia na bezpośredni przekaz. Często różne spotkania, wydarzenia czy rozważania są trudne do rozszyfrowanie bez niezbędnego kontekstu, który czytelnik poznaje dopiero po czasie. „Księga nowego słońca” jest przy tym niesamowicie spójna i zamknięta – to jedna z tych serii, którą czytelnik może doświadczyć ponownie, zyskując głębsze zrozumienie treści i zaszytego przekazu. Jestem przekonany, że do lektury przygód Severiana będę wracał w przyszłości. Wśród zabawy formą mogę jeszcze zwrócić uwagę na narrację szkatułkową – niektóre rozdziały są opowieściami wewnątrz głównej opowieści. W pewnym momencie na kartach książki znalazło się nawet miejsce na dramat z podziałem na role.
Z pewnością nie jest to pozycja dla każdego. Z Severianem trudno się utożsamiać, chociaż śledząc jego kroki kibicowałem mu nieustannie. Głównie dlatego, że często przy podejmowaniu różnych działań protagonista przedstawia dokładnie swoją motywację lub przemyślenia, które stały za podjęciem przez niego takiej a nie innej decyzji. Oczywiście w tych intencjach nie musi być z czytelnikiem całkiem szczery. Młody kat okazuje się jednak postacią mesjanistyczną. Z tego co wiem, Gene Wolfe był zagorzałym chrześcijaninem, więc wątek mesjanistyczny i duża doza religijnej symboliki nie powinna dziwić. Losy Severiana zdają się być predestynowane, jakby nic, co go w życiu spotkało, nie było dziełem przypadku.
„Księga nowego słońca” powstała w latach 1980-1983, ale jeszcze w 1988 r. bodajże pod naciskami wydawcy Gene Wolfe opublikował „Urth nowego słońca”. Książka ta stanowi jakby piąty tom serii, który odpowiada przynamniej na część pytań czworoksiągu, ułatwiając zrozumienie całości – i rzeczywiście, sporo rzeczy ulega wyklarowaniu, nim czytelnik dotrze do ostatniej strony. „Urth nowego słońca” jest jednak zupełnie inną prozą – przynajmniej w pierwszej połowie. Akcja rozgrywa się na kosmicznym żaglowcu napędzanym fotonami – koncept, który powrócił w zeszłej dekadzie za sprawą projektu Breakthrough Starshot, który zakładał rozpędzenie niewielkiej sondy do około 20% prędkości światła i wysłaniu jej w kierunku Proximy Centauri, co byłoby możliwe przez zastosowanie żagla słonecznego i skondensowanej wiązki lasera. Wyobraźcie sobie gigantyczny statek kosmiczny z dziesiątkami żagli rozpostartych na dziesiątki kilometrów, chwytających fotony emitowane przez gwiazdy. Piąta powieść również jest memuarem Severiana, ale jej pierwsza połowa przypomina raczej dynamiczny kryminał pełen zwrotów akcji. Dopiero w drugiej części „Urth nowego słońca” przybiera znajomy ton, tempo i klimat „Księgi nowego słońca”. Niemniej jest to równie interesujące i wciągające zwieńczenie historii Severiana, z ciekawie wykorzystanym motywem podróży pod prąd czasu – coś, co mogliśmy doświadczyć w pewnym stopniu w filmie „Tenet” Christophera Nolana. Wolfe przedstawił naprawdę zakręconą i miejscami nostalgiczną ostatnią podróż kata, autarchy i zwieńczenie przepowiedni zwiastującej nadejście Nowego Słońca.
„Próżnia tłumi wszystkie dźwięki (...) Słyszałem, że gdyby tak nie było, nieustanny ryk słońc doprowadziłby wszechświat do obłędu.”
Cykl Gene'a Wolfe'a wciągnął mnie na tyle, że w nieco ponad dwa tygodnie przeczytałem blisko 1600 stron, robiąc w międzyczasie przerwę na przetestowanie Solasty 2. Wiem, że autor spłodził jeszcze dwie serie osadzone w tym settingu: „Księga krótkiego słońca” oraz „Księga długiego słońca”. Ponoć nie są już aż tak rewelacyjne, ale wciąż bardzo dobre i warte poznania. Szkoda tylko, że Gene Wolfe nie jest nazwiskiem, które dziś się dobrze sprzedaje. Wznowienie w ramach serii wydawniczej „Artefakty” od Wydawnictwa MAG miało tak słabą dynamikę sprzedaży, że dziś nie można liczyć nawet na dodruk głównej serii, a co dopiero nowe wydanie innych powieści osadzonych w świecie wykreowanym przez Gene'a Wolfe'a. Straszna szkoda.
Lekturę polecam, acz do niej nie namawiam, bo jak wspomniałem, nie jest to pozycja, która spodoba się każdemu.





Komentarze
Prześlij komentarz