Maciej Para: „Cena Honoru” – recenzja książki
Jeden z discordowych kolegów wydał kilka lat temu książkę. Był to zbiór opowiadań fantasy, których akcja została osadzona w jego autorskim świecie – Vorgaardzie, a fabuła obracała się wokół krasnoludów i wyznawanych przez nich wartości.
Kupiłem tę książkę parę lat temu i obiecałem autorowi, że podzielę się swoją opinią, bo na informacjach zwrotnych najbardziej mu zależało. Jak to jednak bywa w moim przypadku, słomiany zapał wziął górę i po lekturze niczego nie napisałem.
Właśnie odświeżyłem sobie komplet opowiadań ujętych w jednym tomie zatytułowanym „Cena honoru” autorstwa Macieja Pary. Po części po to, by dotrzymać danego słowa, ale też ze względu na zapowiadaną premierę drugiej książki.
Przede wszystkim zwraca uwagę jakość papierowego wydania. Autor dołożył wszelkich starań, aby książka robiła dobre wrażenie już na pierwszy rzut oka – twarda, masywna okładka z dość minimalistyczną ilustracją, spory format (24 cm x 17 cm) i gruby papier. Te elementy sprawiają, że dobrze się ją trzyma w czasie czytania i ciężko uszkodzić przez nieuwagę. W środku jest jeszcze lepiej. Wewnątrz, przy przedniej i tylnej okładce umieszczona została klimatyczna mapa z runiczną czcionką. Pozwala czytelnikowi osadzić akcję opowiadań w określonych miejscach. Każda historia zaczyna się ozdobnym inicjałem, bloki tekstu z dobrze czytelnej czcionki oddzielane są często fikuśnymi zawijasami. Prezentuje się to niesamowicie estetycznie. Ponadto – co cieszy w sumie najbardziej – wszystkie opowiadania zostały wzbogacone odpowiednimi ilustracjami. Grafiki przygotowała pani Zyta „Morgoth” Resakowska – najprawdziwsza robota artystki, żadne tam AI. Naprawdę wzmacniają wizję ujętą w opisach postaci i wydarzeń.
„Cena honoru” składa się z jedenastu opowiadań różnej długości. Wszystkie obracają się wokół podstawowych krasnoludzkich wartości – przede wszystkim wagi honoru, lojalności względem suwerena oraz klanu. Sporo tu stereotypowych cech brodatej rasy – ich uporu i nieustępliwości, miłości do kamienia, ziemi oraz gór, zamiłowania do rzemiosła, bitki, jadła i trunków. Otoczonym czcią symbolem krasnoluda jest niezmiennie jego długa i zadbana broda – co zresztą przypomina mi za każdym razem cytat z Arcanum, że „krasnolud prędzej da sobie gardło poderżnąć niż zgolić brodę”.
Teksty Macieja Pary nie są jednak wyidealizowanym spojrzeniem na krasnoludzką rasę, gdyż społeczeństwo brodaczy pełne jest brutalnych konfliktów i wojen domowych z całym brudem fizycznym i moralnym, jaki się z nimi wiąże. Nie brak tu gore, dezynterii, gwałtów, egzekucji i uprzedzeń rasowych, w gruncie rzeczy „plemiennej” wręcz wrogości między klanami. Mieszkańcy Vorgaardu pełni są wątpliwości w kontekście popełnionych bądź planowanych czynów.
Sam świat, chociaż oszczędnie przedstawiony, ma pewne cechy, które nadają mu tożsamości. Krasnoludy mają swój panteon bogów. Są tu potworne humanoidy o niebieskim futrze – arlokki, od wieków toczące bój z „włochaczami” o utrzymanie swego domu w górach. Jest powietrzna kawaleria na ursogryfach. Poznamy władający magią klan Mrocznych Kowadeł. U krasnoludów znajdziemy nie tylko runiczne topory przekazywane między wojownikami z pokolenia na pokolenie, ale też przypominające mi Warcafta 3 oddziały wyposażone w karabiny – a krasnoludy nie są jedyną rasą Vorgaardu znającą się na rusznikarstwie. Maciej Para pisał nawet o krasnoludzkich czołgach hehe parowych (przepraszam, nie mogłem się powstrzymać). Są w tym świecie orkowie przypominający swoją pustynną otoczką orków z Might & Magic: Heroes VII.
Mnie, którego zarówno w książkach jak i w grach nierzadko „lore” interesuje równio mocno albo nawet bardziej od samej fabuły, świat Vorgaardu pozostawił z pytaniami bez odpowiedzi. Chociażby czy bogowie istnieją naprawdę? Jak orle skrzydła są w stanie unieść włochatą, ciężką niedźwiedzią dupę też pozostaje dla mnie tajemnicą… Tak całkiem serio, to pewne przytyki co do światotwórstwa przedstawię w spoilerowej sekcji.
Przechodząc do treści samych opowiadań rzekłbym, że jest nierówno. Po mocnym starcie bardzo dobrym tekstem zatytułowanym „Cena honoru” przychodzi pora na trzy części „Braterstwa krwi”. Czytając tę serię ewidentnie brakowało mi jakiegoś dramatis personae, bo w krótkim czasie otrzymujemy natłok imion bohaterów pochodzących z kilku pokoleń. O ile dość szybko nauczyłem się rozpoznawać cechy odróżniające trzy główne krasnoludzkie klany, tak cala przedstawiona genealogia bardzo podobnie brzmiących imion przywoływała w moich myślach odcinek słynnego programu kryminalnego i słowa z przesłuchania: „to który kurwa jest synem kogo?”.
„Braterstwo krwi” wydawało mi się jedną z najsłabszych części składowych zbioru opowiadań. Najmocniej brakowało mi w nim opisów, które ruszyłyby wyobraźnię. Sporo treści ograniczało się do działań postaci i wymiany dialogów, które czasami wydawały się być osadzone w próżni podsumowanej w jednym czy dwóch słowach, jak „dom”, „kwatera dowódcy”, „błonie” itp. Wydaje mi się, że z całej miniserii zapamiętałem wyłącznie dwie, najbardziej charakterystycznie postacie – krasnoludzką wojowniczkę Hargrę i jej męża Thangrima.
Z jednej strony opisana wojna domowa była sporem o sukcesję korony królestwa, ale nikt tak naprawdę nie był w stanie wyjaśnić, w którym punkcie konflikt się rozpoczął i czytelnik może się tego wyłącznie domyślać. Całą wrogość między klanami odebrałem również jako konflikt „plemienny”, czy współcześnie byśmy powiedzieli – partyjny. Walka o władzę absolutną wydawała się wystarczającym zapalnikiem agresji i w moim odczuciu rasistowskie wrzutki skierowane w stronę czarnoskórych członków klanu Mrocznych Kowadeł nie niosły dodatkowego wydźwięku, bo poza paroma epitetami nic tak naprawdę nie zmieniały w kontekście konfliktu politycznego. Gdyby byli biali, spotkaliby się z tą samą wrogością. Pewne rozwiązania fabularne wprowadziły również złowieszczą siłę, manipulującą wszystkimi stronami, popychając krasnoludzkie klany do wojny – i ten aspekt był bardzo ciekawy. Myślałem, iż będzie spajał ze sobą wszystkie opowiadania, ale po „Braterstwie krwi” wątek nadprzyrodzony się urywa, pozostawiając spory niedosyt. Podobała mi się również symbolika krwi, kończąca pierwsze i ostatnie opowiadanie z serii. Krew upuszczona z dwóch przeciwstawnych powodów, podkreślająca, że krasnoludy się jednym ludem i w gruncie rzeczy tak bardzo się od siebie nie różnią. Przewidywalny, acz interesująco przedstawiony był także punkt kulminacyjny bitwy kończącej wojnę, który odcisnął piętno na krainie i dało to podwaliny pod zachowanie ciągłości w budowaniu autorskiego świata.
W „Grzechach naszych ojców” śledzimy losy krasnoluda z marginesu – mieszańca mającego w sobie krew klanu Mrocznych Kowadeł. W tym opowiadaniu uprzedzenia rasowe nabierają więcej sensu. Autor dużo więcej czasu poświęcił opisom, które przedstawiają życie z perspektywy mieszkańca biedniejszych ulic stolicy krasnoludzkiego królestwa. Tekst obraca się tematycznie wokół konfliktów z królewskim prawem, działalności półświatka, wpleciono w to pewną dozę romansu i oczywiście problemów sumienia w kontekście jakże cenionego przez krasnoludy honoru. I ten przejaw etycznego zachowania ze strony osoby, która na żadne względy społeczeństwa liczyć nie może, stanowi wyraźny kontrast. Poniekąd podkreśla, że to czyny świadczą o tym, kim się naprawdę jest. Śmiechłem również z tekstu, który padł w pewnym momencie opowiadania: „Coś powiedział, popielcu?”, bo skojarzyło mi się z memicznym: „Coś powiedział? Czaskowski?”.
„Hej ho, hej ho, na wojnę by się szło” było moją ulubioną historią z całego zbioru. Opowiadało o losach kilkoro braci, którzy postanowili pomścić śmierć swojego ojca, oficera królewskiej armii. Szczególnie podobało mi się głębsze nakreślenie przemyśleń głównego bohatera, Thargosa, z którego perspektywy śledzimy wszystkie wydarzenia. W połączeniu z opisami bitew relacjonowanymi z punktu widzenia pojedynczego żołnierza tworzyło to bardzo osobistą historię wywołującą różnorodne emocje. Jednocześnie opowieść ta była brudna i przyziemna, na swój sposób realistyczna. No i zaserwowano w niej bardzo swojsko brzmiący tekst mamy krasnoludów – „zjedz mięso, ziemniaczki możesz zostawić”.
„Śmierć wojownika” przybliża sylwetkę powracającego bohatera, Hargrima, który stał się moim ulubionym krasnoludem z omawianej książki. Bardzo podobały mi się opisy walk z nowym najeźdźcą ze wschodu. Była to kolejna z kilku historii, w których przewijał się motyw kary w moim odczuciu nieadekwatnej do przewinienia. Autor po raz kolejny nakreślił też konflikt idei – bo czasem czyny dyktowane honorem są jednocześnie zdradą innych wartości, chociażby lojalności.
„W imię klanu” miało mocny start, ale wydaje mi się, że gdzieś w połowie przestałem wierzyć w motywację Khogara. Swoją drogą nie polubiłem krasnoluda już podczas jego pierwszego pojawienia się na kartach książki w poprzednim opowiadaniu. W tym stał się wręcz antybohaterem. Z jednej strony był stereotypowym łowcą, samotnikiem z karabinem zamiast łuku, z wilkiem u boku, mieszkającym tuż za cywilizacją. Miał nie tylko dziwne upodobania kulinarne, ale zdecydowanie zbyt wielką pewność siebie. Jego perypetie w górach były dużo ciekawsze od późniejszego udziału w intrygach politycznych. Cała opowieść jednak dość dobrze się spina. „Cena honoru” do tego czasu nauczyła mnie już, że szczęśliwe zakończenia w Kazar Rhunkor są nie na miejscu. Swoją drogą, czytelnik dopiero na tym etapie trafia na ilustrację przedstawiającą arlokków, którzy dość mocno różnili się od mojego wyobrażenia jeszcze z czasów „Braterstwa krwi”.
„Najczarniejsza z czerni” była według mnie najsłabszym opowiadaniem. Na kartach tej historii niewielka drużyna z królestwa rusza śladem dwójki spadkobierców nadzwyczaj bogatego klanu, by niosąc im ratunek zyskać przychylność ich Tana. Autor połączył tu klimat Indiany Jonesa z twórczością H. P. Lovecrafta. W ramach tego otrzymujemy opowieść, która wprowadza czytelnika w lekko przygodowy klimat, ale o horror psychologiczny zaledwie się ociera. Znalazły się tu intrygujące momenty, jak wizyta w pewnym grobowcu, czy śledztwo w opuszczonych obozach Gildii Poszukiwaczy. Ponownie wątki nadprzyrodzone pozostawiły jednak spory niedosyt. Ja wiem, że horror wykraczający poza pojmowanie powinien pozostać niezrozumiany, ale o tytułowej ciemności chciałbym dowiedzieć się chociaż minimalnie więcej. Zawiodło mnie w szczególności dość nagłe zakończenie i całkowite olanie pewnego tajemniczego artefaktu, który miał być kluczem do rozwiązania intrygi i pokonania zła. Było to też jedyne opowiadanie obok serii „Braterstwa krwi”, gdzie kompletnie mieszały mi się imiona bohaterów, a było ich zaledwie czterech, w tym jedna kobieta. Mimo to minęło trochę czasu zanim utrwaliłem, które imię należy do kapłana, a które utożsamiać z krasnoludem z protezą ręki.
„Cenniejsze od cnoty” było krótką historią o królewskim mistrzu szpiegów. Wydawało się całkiem ciekawe, bo ktoś pełniący tak specyficzną funkcję jest poniekąd zmuszony postawić lojalność i dobro królestwa ponad osobistymi potrzebami czy też poczuciem honoru. Ktoś od brudnej roboty jest w stanie osiągnąć rezultaty, często w bezwzględny sposób. I chociaż swoimi czynami nie zaskarbi sobie poklasku i akceptacji ze strony wiernych poddanych króla, potępiających mistrza szpiegów za postępowanie, swoimi działaniami przysłuży się sprawie wyższej. Bez wątpienia w społeczeństwie krasnoludów jest miejsca dla takich osobników, choćby po kres swoich dni mieli się mierzyć ze swoim sumieniem i wzgardzeniem w oczach rodaków.
Z minusów opowiadań muszę wymienić, że co najmniej połowa z nich zawierała nieco literówek, tu i ówdzie brakowało jakiegoś słowa lub było ono powtórzone w odstępie jednego wyrazu. Sporadycznie występowały również błędnie odmienione wyrazy. Gdyby książka wyszła spod szyldu dużego wydawnictwa, byłby to dość poważny minus. W przypadku self publishingu jestem w stanie zrozumieć, że nawet po korekcie zdarzają się wpadki. Mi samemu tekst potrafi się zaplątać do tego stopnia, że jeszcze przez kilka dni po wrzuceniu jakiegoś wpisu wyłapuję w nim literówki, pomylone końcówki fleksyjne itp. Jest to pole, na którym autor „Ceny honoru” będzie miał szansę poprawić się przy okazji kolejnej publikacji.
Podsumowując „Cena honoru” Macieja Pary to interesujący zbiór opowiadań dla wszystkich fanów krasnoludów, ale też fantastyki ogólnie. Opowiadania są napisane żywym językiem, akcja jest wartka, czytało mi się całość bardzo przyjemnie i ogólnie bardzo dobrze bawiłem się przy lekturze – tak za pierwszym razem, jak i teraz po paru latach. Z tego też względu na pewno sięgnę po drugi tom, który pojawić ma się ponoć wiosną tego roku.
UWAGA SPOILERY!
Co mnie zastanawia i co czuję potrzebę wytknąć:
W „Braterstwie krwi” dochodzi do sytuacji, kiedy jeden z klanów chce się zrzec roszczenia praw do korony. Pada wówczas informacja, że Tan wraz ze swoimi ludźmi uda się nad Morze Niewarte, by założyć tam własne królestwo. Zdaję sobie sprawę, że krasnoludy nie przepadają za morzem i żeglowaniem, o czym zresztą wspomniane jest w rozmowie mistrza szpiegów z elfim druidem w opowiadaniu „Cenniejsze od cnoty”. Wydaje mi się jednak mało prawdopodobne, by w odkrytym świecie dostęp do morza o kolosalnym znaczeniu strategiczno-ekonomicznym był całkowicie zlekceważony i by wybrzeże stanowiło ziemię, którą absolutnie nikt się nie zainteresował. Światy fantasy, z jakimi się spotkałem zwykle są zagospodarowane pod korek przeróżnymi nacjami, a jedynie jakieś niezbadane tereny i nieodkryte lądy stanowią potencjalny obszar do skolonizowania.
Zastanawia mnie znajomość magii wśród członków klanu Mrocznych Kowadeł. Powiedziane jest, że krasnoludy traktują sztukę magiczną z nieufnością. Czy Mroczne Kowadła nie miały takich uprzedzeń? Same wykształciły swoje zdolności magiczne, czy zaczerpnęły od obcych ludów, np. elfów? Czy magia jest wśród nich tak powszechna, że większość członków klanu potrafi się nią posłużyć? Czy stanowi tajemnicę klanową, skrywaną przed innymi klanami? Czy w Vorgaardzie były wyjątki, by zaklęciami parali się przedstawiciele innych klanów?
Czy dobrym pomysłem było skumulowanie w jednym klanie kilku cech kojarzonych przez krasnoludy w sposób pejoratywny? Mroczne Kowadła spotykają się z uprzedzeniami zarówno na tle rasowym jak i wspomnianego parania się magią.
Wydaje mi się, że przewinienie Dorgnara w „Hej ho, hej ho, na wojnę by się szło” spotkało się z karą nieadekwatną do popełnionego przestępstwa. Karać śmiercią za kradzież barana w sytuacji głodu i za przywłaszczenie broni poległego żołnierza w perspektywie nadciągającej bitwy wydaje mi się sporą przesadą. Tym bardziej, że w pierwszej sytuacji krasnolud zostawił gospodarzowi pieniądze w ramach zadośćuczynienia, a stan armii trawionej zarazą powinien sprawić, że liczy się każdy żołnierz. Ponadto spotkanie Thargosa z matką po 3 latach gdzieś w górach wydawało mi się strasznie nieprawdopodobnym i losowym wydarzeniem.
Akcja sporej liczby opowiadań rozgrywała się w zimowej scenerii. Trudno było powiedzieć, czy wynikało to z pory roku, czy po prostu z osadzenia wydarzeń w wysokich górach, wiecznie okrytych śniegiem. Miejscami często brakowało mi opisów, które doprecyzowałyby tę kwestię, ale też faktu, czy dana historia również ma miejsce w trakcie surowej, górskiej pogody. Bo z jednej strony mamy krasnoludy przyzwyczajone do takiego klimatu, ale np. w opowiadaniu „Śmierć wojownika” odpierają najazd orków, ubranych tak, jakby przybyły prosto z gorącej pustyni. Zdaje się, że w tekście było coś o obsuwających się kamieniach, więc śniegu chyba akurat wówczas nie było, ale takie kwestie w moim odczuciu powinny być lepiej nakreślone.
W „Śmierci wojownika” niespecjalnie trafił do mnie finał całego opowiadania, w którym dowiadujemy się, iż siostra Hargrima zginęła z ręki orczycy, którą ten uwolnił z obozu w imię honoru. Wydaje mi się to wielce nieprawdopodobne, gdyż Brylra była strzelcem, więc albo padłaby od ognia orczych najeźdźców albo ewentualnie dogoniona przez pierwsze szeregi wroga. Strzelcy jednak trzymali się raczej na bezpiecznym dystansie od orków, więc Brylra miałaby szansę na ucieczkę. Orczyca będąca w centrum historii była zapewne jednym z dowódców – jeśli nie głównodowodzącą armii. Pozwoliła odejść kobietom i dzieciom z podbitego miasta. Nie była osobą, która poddałaby Brylrę egzekucji w przypadku pojmania, a prawdopodobieństwo, że trafiłaby na siostrę Hargrima w walce wręcz i zakończyła wówczas jej żywot wydaje mi się mocno naciągane podczas starcia dwóch armii.
W opowiadaniu „W imię klanu” smok pojawił się w zasadzie z dupy w kluczowym momencie. Była to postać, istota, wcześniej właściwie nieznana czytelnikowi, wprowadzona jakby na potrzeby rozstrzygnięcia patowej sytuacji między zwolennikami nowego króla a Khogarem. Zastanawia mnie też, w jaki sposób Kyharash zapracował na swój przydomek. Wiemy tylko, że smok był szalony i miał spinę z Hargrimem, ale jakąż to przysięgę złamał? Co się stało ze spiskowcami z senatu? Czy kobietę, z którą kontaktował się Khogar też dosięgnęła sprawiedliwość krasnoludów?
Co do „Najczarniejszej z czerni”… Zagadka z dźwigniami? Serio? Wydaje mi się, że karty opowiadania czy też powieści nie są dobrym miejsce na rozpracowywanie zagadek, jakie spotykamy na sesjach RPG czy też grając w cRPG. Trzeba było tam wstawić pieprzoną wieżę Hanoi! Kompletnie pogubiłem się, gdy Gloirin po raz pierwszy usłyszał głosy. Z racji, że do tej pory mieszały mi się imiona kapłana i krasnoluda z protezą ręki, poszukiwany młody dziedzic Szybkich Kilofów miał imię zbyt podobne w brzmieniu do mistrza szpiegów, wyszedł z tego totalny młyn i chaos. Cofałem się później aby sprawdzić, kto komu rozbił głowę. Chyba że winna temu była moja senność w momencie czytania tego fragmentu opowiadania. Totalnie rozczarowało mnie również zakończenie akcji poprzez zdetonowanie granatu w tunelu i „pokonanie Ciemności” w tak błahy sposób, całkowicie zapominając o metalicznym czworoboku z osadzonym na nim świecącym kamieniem.
Z potwornych ras wymienionych w książce bohaterowie mierzyli się ze wszystkimi z wyjątkiem koboldów. Czy koboldy w Vorgaardzie przypominają standardowe dedekowe podejście, czy może okazują się bardziej egzotyczne? W Might & Magic: Heroes VII przypominały np. humanoidalne chomiki czy inne gryzonie.
Chętnie przeczytałbym o tym, kim był Pradawny i jak wyglądały walki z nieumarłymi na północy.
Z drobnostek – przez różne opowiadania przewijał się runiczny topór Kamiennorękich. Aż chciałoby się dostać jakieś opisy związane z pochodzeniem broni czy funkcjonowaniem jej zaklęć, bo po przeczytaniu całości wywnioskować można że jego nadzwyczajną właściwością było świecenie w ciemności runami, co wydaje się niemal tak przydatne, jak kamerka z tyłu głowy w System Shocku.






Chłop co napisał recenzję dłuższą od powieści.
OdpowiedzUsuńJa pierdzielę, muszę dodawać adres posta w wyjątkach, aby przeglądarka pozwalała na cookies stron firm trzecich...
UsuńNo przecież żartowaliśmy, że recenzja będzie dłuższa od książki. Niestety nie dałem rady w jeden dzień napisać tego, co Maciek w ile? Parę lat?
Cześć, z tej strony Maciek, autor "Ceny honoru". Przede wszystkim chciałbym Ci podziękować za zainteresowanie książką i za tak obszerną recenzję. Opinie czytelników są dla mnie bardzo ważne i wierzę, że pomogą moim następnym książkom być lepszymi.
OdpowiedzUsuńChciałbym odnieść się konkretnie do niektórych z Twoich uwag lub wątpliwości:
1. "Chociażby czy bogowie istnieją naprawdę?"
Powiem tak - druga książka zawierać będzie pewne wskazówki w tym temacie, ale raczej nie należy oczekiwać potwierdzenia/zaprzeczenia wprost. Ludy Vorgaardu WIERZĄ, że ich bogowie istnieją i to musi im wystarczyć.
2. "Jak orle skrzydła są w stanie unieść włochatą, ciężką niedźwiedzią dupę też pozostaje dla mnie tajemnicą…"
No nie byłyby w stanie. Tak samo, jak współistnienie jednocześnie płytowych pancerzy i silników parowych oraz karabinów nie ma raczej sensu historycznego. Pewne zawieszenie niewiary jest konieczne dla właściwego odbioru opowieści fanatsy. To nie jest fikcja historyczna, to czysta, klasyczna fantastyka i pewne rzeczy dzieją się w niej, po prostu "bo tak", bo "przeznaczenie", bo "bogowie" i bo "autor tak chciał".
3. Jeśli chodzi o "Najczarniejszą z czerni" to większość recenzujących oceniła to opowiadanie jako najsłabsze i ja jako autor również się zgadzam, z perspektywy czasu. Pozostaje mi mieć nadzieję, że moje nowe teksty będą po prostu lepsze.
4. "Czy dobrym pomysłem było skumulowanie w jednym klanie kilku cech kojarzonych przez krasnoludy w sposób pejoratywny? Mroczne Kowadła spotykają się z uprzedzeniami zarówno na tle rasowym jak i wspomnianego parania się magią."
Jako autor nie mam wrażenia, że Mroczne Kowadła zostały przedstawione w sposób wyjątkowo negatywny. Przeciwnie - starałem się, by uprzedzenia były "rozłożone" dość równomiernie - zdarzają się przecież postaci mocno negatywne ze strony jasnoskórych Młotodzierżców, np. generał Bardin Kamienny Czerep. Same Mroczne Kowadła zresztą, w warstwie narracyjnej, ostatecznie zdają się być według mnie przedstawione jako ofiary złych zbiegów okoliczności i owej tajemnej mocy, która manipuluje światem zza kulisów.
5. "Wydaje mi się, że przewinienie Dorgnara w „Hej ho, hej ho, na wojnę by się szło” spotkało się z karą nieadekwatną do popełnionego przestępstwa. (...) Ponadto spotkanie Thargosa z matką po 3 latach gdzieś w górach wydawało mi się strasznie nieprawdopodobnym i losowym wydarzeniem."
UsuńCzy kara była nieadekwatna z punktu widzenia naszej współczesnej moralności? Zapewne tak. Ale miało to na celu zobrazowanie żelaznych zasad, które rządzą krasnoludzkim społeczeństwem. Krasnoludy w moim świecie często dbają bardziej o górnolotne zasady i ów tytułowy honor niż o to co jest "korzystne" z punktu widzenia danej sytuacji.
Co do matki Thargosa - tak, jest to dosyć nieprawdopodobne, ale zrzucam to na karb "przeznaczenia", które często splata losy w niewiarygodny sposób w opowieściach fantasy. Ponadto, choć nie było to wspomniane wprost w tekście to zakładam, że przez owe trzy lata ona często wędrowała po okolicy dawnej bitwy, bo w końcu śmierć jej synów nie była potwierdzona na 100%, więc może łudziła się, że jakoś ich odnajdzie, albo przynajmniej ich ciała, by oddać je kamieniowi.
6. "o do „Najczarniejszej z czerni”… Zagadka z dźwigniami? Serio? Wydaje mi się, że karty opowiadania czy też powieści nie są dobrym miejsce na rozpracowywanie zagadek, jakie spotykamy na sesjach RPG czy też grając w cRPG. Trzeba było tam wstawić pieprzoną wieżę Hanoi!"
Heh. Opowiadanie było adaptacją właśnie kampanii rpgowej - jak widać, zapewne zbyt wierną adaptacją, by być przy tym dobrym kawałkiem prozy.
7. "W opowiadaniu „W imię klanu” smok pojawił się w zasadzie z dupy w kluczowym momencie."
"Chętnie przeczytałbym o tym, kim był Pradawny i jak wyglądały walki z nieumarłymi na północy."
Wiele wydarzeń i postaci, które są jedynie "napomknięte" w Cenie honoru znajdzie swoje rozszerzenie w mojej kolejnej książce o tytule "Ścieżki zwątpienia". Celem wprowadzenia tych zdawkowych informacji była próba zarysowania świata jako większego niż tylko to, co spotyka bohaterów na kartach opowiadań.
8. "Aż chciałoby się dostać jakieś opisy związane z pochodzeniem broni czy funkcjonowaniem jej zaklęć, bo po przeczytaniu całości wywnioskować można że jego nadzwyczajną właściwością było świecenie w ciemności runami, co wydaje się niemal tak przydatne, jak kamerka z tyłu głowy w System Shocku."
Jak śmiesz porównywać legendarny topór klanu Kamiennorękich z kamerką z tyłu głowy! Nie wydaje mi się, żeby "opisanie statystyk" broni pasowało do powieści, to w końcu nie gra crpg, ale mam wrażenie, że jednak trochę Ci umknęło. Topór ten jest na przykład wiecznie ostry i nigdy się nie tępi, przebija z łatwością pancerz i całkiem możliwe, że jest fizycznie niezniszczalny (przetrwał bowiem ostateczne zaklęcie Mrocznych Kowadeł u schyłku wojny domowej bez najmniejszego uszczerbku).
Raz jeszcze dziękuję za zaangażowanie w przygotowanie niniejszej recenzji. Mam nadzieję, że uda mi się Cię zainteresować również moją kolejną książką i że ona również będzie mogła liczyć na tak szczegółowe opracowanie.
Dzięki za odpowiedź! Z tymi ursogryfami to przecież żartowałem :P W sumie matka Thargosa szukająca synów jakiś sens ma. Każdy liczyłby na domknięcie będąc w jej skórze.
UsuńZ toporem to rzeczywiście mi umknęło, że przetrwał zwieńczenie rytuału, a było dość gorąco.
Swoją drogą, nie odniosłeś się do losu siostry Hargrima.
Skoro domysły o zaadaptowaniu sesji na potrzeby opowiadań też się sprawdziły, to jestem jeszcze ciekaw, czy z którymś z bohaterów w szczególności się utożsamiasz?
Co do siostry Hargrima - tak, znów mamy do czynienia z takim trochę filmowym zbiegiem okoliczności, aczkolwiek jest jedna opcja, której nie rozważyłeś. Kapitan mógł kłamać. W sensie, mogło być tak, że Brylra zginęła w bitwie z oddziałem DOWODZONYM przez orkową kobietę, ale kapitan uprościł przekaz, żeby bardziej dojechać Hargrima, z którym przecież miał na tym etapie na pieńku.
UsuńCo do bohatera, z którym najbardziej się utożsamiam, odwrócę to pytanie trochę. Skoro już ustaliliśmy, że pomysł na książkę zrodził się w związku z przygodami rpgowymi, spróbuj zgadnąć, którzy bohaterowie byli "moimi" postaciami. :P
Zgaduję, że Hargrim, Thargos, Khogar, Gloirin, pewnie i mistrz szpiegów, którego imienia teraz nie pomnę, może Thargrim albo inny krasnolud z Braterstwa krwi, ten na "F"?
UsuńZgadza się, Hargrim i Thangor (mistrz szpiegów) byli moimi postaciami. Khoghar i Gloirin to postaci innych graczy zaadaptowane lekko na potrzeby książki. Postaci z "Braterstwa krwi" to NPC, stanowiący element historii rodzinnej Hargrima (w końcu dwoje z nich to jego dziadek i babcia).
UsuńTaka ciekawostka - Hargra, babka Hargrima, powstała stopniowo w czasie roleplayu, gdy Hargrim wspominał jej rozliczne, z czasem coraz bardziej imponujące dokonania. W końcu "babka Hargrima" stała się synonimem kobiety niezłomnej i walecznej, takiego "badassa w spódnicy".